10 gadżetów fotoświra

Długo przymierzałem się do napisania tego artykułu. Zwykle recenzuję tu aparaty i obiektywy, a sporadycznie różnego rodzaju akcesoria (w zasadzie dwie torby jak dotąd). Przez moje ręce przeszło jednak całkiem sporo użytecznej drobnicy, z której korzystam dość często, ale dla której nigdy nie chciało mi się tworzyć kolejnych obszernych recenzji. Każdy z tych produktów nie jest wystarczająco istotny, aby pisać o nim osobno, ale zebrawszy je wszystkie do kupy łatwiej usprawiedliwić te długie godziny poświęcone na całą tę pisaninę.

Bardzo chciałem uniknąć tworzenia przedświątecznego poradnika prezentowego, choć trudno byłoby mi obronić argument, że termin publikacji jest zupełnie przypadkowy. Prawda jest taka, że ocknąłem się nagle ze świadomością, że ostatni mój post pojawił się tu jeszcze we wrześniu, co zrodziło potrzebę napisania jakiejś zapchajdziury jeszcze przed końcem roku, coby nie wiało pustką. A żeby nie był to zupełnie bezwartościowy wypełniacz, wskrzesiłem ten oto stary pomysł. Nie sądzę, aby tekst ten wzmógł u kogokolwiek już i tak rozpędzony do granic rozsądku przedświąteczny konsumpcjonizm, ale nawet jeśli, to nic. Wszak i tak część z opisywanych przedmiotów sam otrzymałem w ramach prezentu.

1. Szkiełko ochronne

Przyznam, że jest to dość świeży nabytek, a wcześniej nigdy nie używałem tego typu ochrony w żadnym ze swoich aparatów, a było ich sporo. I tak naprawdę nie był mi on do niczego potrzebny, bo ani razu nie uszkodziłem ekranu, nie licząc mikro rysek wynikających z normalnego użytkowania. Do zakupu skłoniło mnie pęknięcie ekranu w – o dziwo! – smartfonie. Przypomniało mi to o moich przebojach z serwisami sprzętu fotograficznego i momentalnie zapaliło lampkę ostrzegawczą. Ostatnią rzeczą, jaką bym chciał, jest wysłanie aparatu z pękniętym ekranem na kolejną kosztowną naprawę. Na przekór swoim nawykom postanowiłem tym razem dmuchać na zimne i nakleić szybkę ochronną.

Montaż takiego szkiełka jest dziecinnie prosty. Niczego nie trzeba tu kleić – szybka trzyma się dzięki wykorzystaniu elektrostatyki i zjawiska adsorpcji, cokolwiek to znaczy. Należy zadbać tylko o to, aby powierzchnia ekranu była czysta, do czego wykorzystać można dołączoną do zestawy ściereczkę. Podobno szybkę taką można w każdej chwili zdjąć i bez najmniejszego problemu zamocować ponownie. Jedyne, co może sprawić trudność, to dobór odpowiedniego rozmiaru, bo ekrany w poszczególnych aparatach różnią się wielkością. Trzeba po prostu zaopatrzyć się w szkiełko dedykowane do danego modelu aparatu, który wyszczególniony jest na opakowaniu.

2. Podwójna ładowarka

Bolączką większości bezlusterkowców i kompaktów jest ich energochłonność. Jeden akumulator rzadko kiedy starcza na cały dzień fotografowania, więc dobrze jest zaopatrzyć się w zapas. Dla niektórych pewną niedogodnością będzie konieczność wymiany akumulatorów, jednak dla mnie jest to pikuś w porównaniu do konieczności ich ładowania. Po pierwsze: ładowarki są niemiłosiernie powolne, wymagają 2-3 godzin aby naładować baterię do pełna. Przy kilku akumulatorach do naładowania wiąże się to już ze sporem przedsięwzięciem logistycznym – trzeba wstawać w nocy i zmieniać baterie w ładowarce, jeśli potrzebujemy ich na rano. Po drugie: coraz częściej producenci aparatów nie dołączają do zestawu zewnętrznej ładowarki, a jedynie zasilacz służący do ładowania akumulatora w aparacie. W czasie ładowania aparat jest więc bezużyteczny, nie możemy z niego skorzystać.

Z pomocą przychodzi podwójna ładowarka, w której naładujemy dwa akumulatory jednocześnie (lub tylko jeden, jeśli jest taka potrzeba). W dodatku jest to ładowarka ze złączem micro USB, więc będzie działać czy to po podłączeniu do laptopa, czy powerbanku, ładowarki samochodowej czy do najzwyklejszej ładowarki do telefonu. To bardzo proste urządzenie bez żadnych bajerów, ale niezwykle przydatne. Ma też całkiem małe rozmiary, co nie jest bez znaczenia w podróży. Ładowarkę tego typu można kupić osobno lub już w komplecie z dwoma akumulatorami i oczywiście pamiętać należy, aby była ona kompatybilna z naszym aparatem, bo typów ogniw jest całe mnóstwo.

3. Powerbank

Ta pozycja może wydawać się nieco naciągana, no bo co to za gadżet, który już pewnie wszyscy mają. W zasadzie nie jest to żaden gadżet, tylko niemal obowiązkowe wyposażenie każdego, komu chociaż raz rozładował się telefon właśnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebował. Ja korzystam z niego bardzo często i to wcale nie w połączeniu ze smartfonem, tylko z aparatem właśnie. Część aparatów, zapewne zdecydowana większość tych nowszych bezlusterkowców i kompaktów, umożliwia ładowanie akumulatora wewnątrz korpusu. I choć jako jedyny sposób ładowania jest to zwyczajnie niewygodne, to jako metoda awaryjna sprawdza się znakomicie.

Powerbank umożliwi podładowanie o jednego akumulatora więcej, niż pomieści ich zewnętrzne ładowarka. Poza tym zadziała również wtedy, gdy jesteśmy poza zasięgiem sieci energetycznej, a jak na złość to właśnie wtedy najbardziej potrzebujemy prądu. W połączeniu ze wspomnianą wyżej ładowarką powerbank tworzy zgrany duet, umożliwiając ładowanie jednocześnie dwóch baterii gdzieś w plecaku w czasie spaceru, podczas gdy trzeciej zapasowej możemy używać w aparacie i w ten sposób zapewnić sobie nieprzerwane źródło zasilania na dziesiątki godzin najbardziej intensywnego fotografowania.

4. Pasek na nadgarstek

Nienawidzę standardowych pasków dołączanych do aparatów, przede wszystkim dlatego, że najczęściej rażą w oczy ogromnym napisem z nazwą marki. Nie dość, że robimy z siebie wielki baner reklamowy dla producenta sprzętu, to dodatkowo jesteśmy łatwym celem dla amatorów cudzego mienia. Jednak nawet jeśli zmienić pasek na inny, to noszenie aparatu dyndającego u szyi jest dla mnie po prostu niewygodne. Jeśli używam aparatu, to chcę mieć go w ręku, a jeśli nie używam, to nie chcę, żeby odbijał mi się od brzucha przy każdym kroku. Od lat używam więc wyłącznie pasków nadgarstkowych.

Tutaj na zdjęciach prezentuje się pasek Peak Design, który jak dotąd sprawdził się u mnie najlepiej, głównie za sprawą uniwersalnego mocowania (łatwo go odczepić i przyczepić, a mocowanie wykorzystać można do wielu innych akcesoriów tej marki) i wszytego magnesu, pozwalającego owinąć go wokół nadgarstka pod odczepieniu od aparatu. Różnego rodzaju rozwiązań jest na rynku mnóstwo, a tego typu paski raczej nie cechują się zbyt skomplikowaną konstrukcją, więc powinny to być gadżety proste i wytrzymałe, o ile nie trafimy na jakieś kompletne badziewie.

5. Capture Clip

Będąc przy gadżetach ułatwiających transport sprzętu, nie sposób pominąć najlepszego z nich, moim zdaniem. W przypadku paska nadgarstkowego marka nie ma większego znaczenia, ale w przypadku Capture Clip warto zwrócić na to konkretne rozwiązanie od Peak Design, bo poza chińskimi podróbkami w zasadzie nie ma ono żadnej sensownej konkurencji. Co to jest? To coś w rodzaju zapięcia/klipsu mocowanego do pasków, toreb, plecaków, umożliwiające łatwe przytroczenie do nich aparatu. Ja używam go przyczepionego do szelki plecaka, dzięki czemu zawsze gdy tylko potrzebuję wolnych rąk, mogę zawiesić aparat na wysokości klatki piersiowej.

Jest to gadżet dość kosztowny i niepozbawiony wad, takich jak
niezbyt dyskretny wygląd, konieczność mocowania do aparatu dedykowanej szybkozłączki czy bawienia się kluczykiem imbusowym (który lubi się gubić) żeby cokolwiek dokręcić albo odkręcić. Niemniej jednak żadna inna rzecz, jak właśnie ta, nie wpłynęła tak znacznie na poprawę komfortu użytkownika aparatu w mojej codziennej praktyce. Sam myślę o tym, aby kupić sobie drugą sztukę, tak aby jedna była na stałem zamocowana do plecaka, a druga do torby.

6. Wkład do torby/plecaka

Na co dzień korzystam z plecaka, bo muszę. Na fotospacery zabieram torbę, bo ta jest super wygodna, gdy nie trzeba nosić ze sobą dużej ilości szpargałów. Ale najczęściej na zdjęcia ruszam prosto po pracy, więc muszę dźwigać ze sobą laptopa, bidon i pojemnik po obiedzie, kurtkę, czasem ciuchy na siłownię (o, Zeusie, spraw by w nadchodzącym roku w tej materii teoria nieco bardziej zbliżyła się do praktyki), a drodze powrotnej jeszcze jakieś drobne zakupy spożywcze. Problem jest taki, że plecaki fotograficzne kiepsko sprawdzają się w takich warunkach – mają za dużo miejsca na sprzęt foto, a za mało na rzeczy codziennego użytku, które w moim przypadku zajmują znacznie więcej przestrzeni ładunkowej.

Dlatego właśnie moim najczęściej wykorzystywanym nosidłem jest wkład mieszczący bezlusterkowca z 3-4 małymi obiektywami i paroma drobiazgami, na które przewidziano małe kieszonki, wrzucany do plecaka, gdzie zajmuje najwyżej 20-30% jego objętości. Jest to nic innego, jak prostopadłościenny organizer z grubymi miękkimi ściankami, zapewniającymi ochronę dla znajdującego się w środku sprzętu. Ten, który posiadam, sprzedawany jest też w zestawie z cienką torbą, dającą się skompresować do niewielkich rozmiarów. Nie jest ona tak wygodna, jak Peak Design Sling, ale wystarczająca na wakacje. Bez problemu dałoby się przypiąć do niej jakiś wygodniejszy naramienny pasek.

7. Lenspen

Każdy sprzęt, który nie leży tylko w szufladzie, ale jest używany, najzwyczajniej w świecie się brudzi. A to przykrywa go kurz, a to spocona łapa pozostawi na nim odciski, a to nos wymaluje tłuste esy floresy na ekranie wyświetlacza. Aparat to narzędzie, które bez trudu zniesie ten znój, ale raz na jakiś czas trzeba zapewnić mu delikatne spa. Z reguły wystarczy chuchnięcie na soczewkę obiektywu, dmuchnięcie gruchą i przetarcie ściereczką, ale są też nieco bardziej wyrafinowane metody. Do takiej roboty idealnie sprawdza się czyścik marki Lenspen lub jakiś jego klon innych producentów, których jednak nie używałem, więc nie gwarantuję, że są równie dobre.

Jest to gadżet przypominający flamaster, który z jednej strony ma włochatą szczoteczkę to wymiatania pyłków z zakamarków aparatu, a z drugiej strony miękką końcówkę nasączoną zapewne jakimś płynem na bazie alkoholu izopropylowego, służącą do usuwania zabrudzeń z soczewek. W środku flamastra znajduje się zbiorniczek z tą cieczą, więc końcówka wystarcza na dłuższy czas użytkowania. Narzędzie jest całkiem skuteczne, a operuje się nim dużo wygodniej, niż szmatką, którą czasem trzeba się namachać, żeby usunąć wszystkie zabrudzenia i wypolerować smugi. Lenspen występuje w kilku rozmiarach – jedne bardziej nadają się do czyszczenia wizjerów, inne do filtrów, ale tak naprawdę wystarczy ten podstawowy do wszystkiego.

8. Szpatułki do czyszczenia matrycy

Najgorszy rodzaj zabrudzeń, z jakimi prędzej czy później zmierzy się każdy użytkownik aparatu z wymienną optyką, nie jest widoczny na pierwszy rzut oka. Najczęściej dowiadujemy się o nim przeglądając zrobione zdjęcia, na których zauważamy paskudne ciemne ciapki. Tak, to zasyfiona matryca. Mimo mniej lub bardziej skutecznych systemów automatycznego czyszczenia, wbudowanych w niektóre aparaty, prędzej czy później do matrycy (a raczej do chroniącej jej warstwy szkła) przyklei się jakiś farfocel, który nie będziesz chciał odczepić się po dobroci. Czasem pomaga dmuchnięcie gruszką, ale na bardziej uparte zabrudzenia nie innej rady, jak przeprowadzenie operacji na otwartym organizmie.

Zestaw specjalnych szpatułek i płynu do czyszczenia matrycy przychodzi z pomocą właśnie w takich przypadkach. Wystarczy kropelka płynu na końcówkę szpatułki i przetarcie powierzchni sensora kilkoma delikatnymi, ale zdecydowanymi pociągnięciami. Końcówka jest na tyle miękka, że nie powinna spowodować żadnych uszkodzeń, a płyn szybko paruje i nie zostawia śladów. Czyszczenie matrycy zawsze wywoływało moje obawy, ale używałem tego zestawu już kilka razy i okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Warto tutaj pamiętać, że rozmiar szpatułek powinien być dobrany do konkretnego rozmiaru matrycy.

9. Regulowany filtr szary

Filmowanie rządzi się swoimi prawami. Bynajmniej nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, ale podstawy zdążyłem już liznąć, wciąż ucząc się boleśnie na własnych błędach. Jedną z ważniejszych zasad jest utrzymanie czasu ekspozycji w okolicach połowy odwrotności liczby klatek na sekundę. Mówiąc po polsku: przy 25 kl/s powinniśmy utrzymywać czasy w granicach 1/50 s. W mocnym słońcu są to dość długie czasy, szczególnie jeśli filmujemy na otwartej przysłonie i/lub niedoświetlamy dla zwiększenia DR (to właśnie robią wszystkie te płaskie profile filmowe), co może uniemożliwiać uzyskanie poprawnej ekspozycji.

Jednym ze sposobów zmniejszenia ekspozycji (tudzież wydłużenia czasu naświetlania przy zachowaniu poprawnej ekspozycji) jest stosowanie filtra szarego. Filtr o stałej gęstości sprawdza się jednak w fotografii, ale nie w filmowaniu, gdzie obraz jest ruchomy, kadr się zmienia, a wraz z nim zmienia się oświetlenie. Regulowany filtr szary umożliwia, jak sama nazwa wskazuje, płynne regulowanie ilości światła docierającej do obiektywu, dzięki czemu w zależności od zakresu tej regulacji możemy dopasować ekspozycję do zmieniających się warunków oświetleniowych (gdy słońce pojawia się w kadrze i znika, gdy wchodzimy i wychodzimy z cienia itp.). Czy taki filtr wpływa negatywnie na jakość obrazu? Zapewne tak, szczególnie jeśli jest tani. Ale w pewnych warunkach nie da się od niego uciec, więc jest on obowiązkowym wyposażeniem filmowca.

10. Statyw podróżny

Za każdym razem, gdy muszę targać ze sobą statyw, choruję. Nie znoszę dodatkowego balastu i unikam go jak tylko mogę, czasem nawet kosztem jakości zdjęć (fotografuję tylko dla siebie – gdyby ktoś mi płacił za noszenie statywu, to co innego). Zawsze jednak, gdy wybieram się na wakacje, skuszony wizją zapierających dech widoków i naiwną wiarą w to, że uda mi się zrobić zdjęcie życia, statyw zabieram mimo wszelkich niedogodności, żeby to zdjęcie życia było wykonane perfekcyjnie. Konsekwencje tej decyzji stają się dużo mniej bolesne, gdy statyw jest możliwie mały i lekki, a przy tym najlepiej, aby jeszcze był tani, bo ceny niektórych karbonowych statywów bywają wyższe, niż ceny wczasów, na które jeżdżę.

Od kilku lat korzystam z niewielkiego statywu Benro IS05, który waży zaledwie 915 gramów, rozkłada się do ok. 150 cm wysokości, a po złożeniu jest niewiele większy od kubka termicznego (28,5 x 8 cm). Jest na tyle mały, że w podręcznym plecaku mieści się poprzek, co bardzo ułatwia organizację przestrzeni. Zdarza mi się niepotrzebnie nosić go w plecaku, bo łatwo zapomnieć, że tam w ogóle jest. Statyw ten ma mnóstwo wad: nie jest zbyt stabilny na wietrze, blokady wysuwanych nóżek i kolumny centralnej wymaga wyczucia, a przy tym łatwo przypadkowo je poluzować, zaś kulowa głowica jest tak prymitywna, jak tylko można to sobie wyobrazić. Ale to lepsze, niż nic, a każdy większy statyw zostałby w domu w wielu sytuacjach, kiedy ten maluch bez problemu może nam towarzyszyć. Do zrobienia sobie autoportretu na wakacjach czy ustrzelenia jakiegoś krajobrazu w warunkach spacerowo-urlopowych naprawdę nie potrzeba niczego więcej.