Leniwy turysta – Fujifilm X-T100

Nie jest sztuką drogo sprzedać najwyższej klasy sprzęt fotograficzny, bazujący na najnowszych rozwiązaniach i wyposażony we wszelkie najbardziej zaawansowane wodotryski. Producenci prześcigają w tym, kto wyciągnie więcej pieniędzy z portfela klienta omamionego obietnicą topowych technologii. Sztuką jest stworzyć sprzęt dobry i tani, który sprosta wymogom amatorskiej fotografii przy jak najmniej dotkliwych kompromisach, z jakimi trzeba pogodzić w tego typu sprzęcie. Na rynku jest przynajmniej kilka aparatów, które próbują swoich sił na tym polu, a z niektórymi z nich miałem już do czynienia. A tym razem postanowiłem sprawdzić, jak z tym zadaniem poradził sobie Fujifilm.

Muszę przyznać, że bezlusterkowce z najniższej półki, ale tylko te z wizjerami, od zawsze wzbudzały moje zainteresowanie. To dlatego, że uważam, iż fotografia wcale nie musi być drogą zabawą (choć często jest, bo ulegamy swoim gadżeciarskim zachciankom), tym bardziej dla początkujących amatorów, którzy jeszcze nie wiedzą, w jakim kierunku i w jakim stopniu rozwinie się ich nowe hobby. Jestem też już trochę znudzony obserwacją rynku profesjonalnego sprzętu, który obecnie nie stawia na rozwiązywanie problemów, na jakie napotykamy w praktyce, tylko na żyłowanie parametrów. A te w większości przypadków już dawno wykroczyły poza wymagania przeciętnego użytkownika. Zresztą z czasem te super osiągi powszednieją i stają się standardem nawet w sprzęcie budżetowym.

Jeszcze kilka miesięcy temu używałem starzejącego się Fuji X-T10 z zestawem stałek oraz Canona G7X II służącego za aparat podróżniczy i do nagrywania wideo do moich recenzji. W rezultacie w podróże i tak zabierałem cały posiadany arsenał ze smartfonem włącznie ( a później zastanawiałem się zbyt długo którego aparatu użyć), zaś weny do kręcenia wideo jakoś zabrakło. Pozbyłem się więc obu aparatów, a w ich miejsce kupiłem tytułowego Fuji X-T100, gdy był jeszcze w miarę świeżym modelem. Byłem w pełni świadomy tego, że nie ominą mnie pewne kompromisy, niemniej jednak oczekiwania też miałem niemałe. Nowy aparat miał zapewnić jakość zdjęć i wygodę obsługi nie gorszą, niż znane mi dotychczas bezlusterkowce APS-C, a z kitowym zoomem sprawdzić się też w podróżach i w roli prostego rejestratora wideo. Czy X-T100 sprostał temu zadaniu?

Wygląd i jakość wykonania

Fujifilm nie byłby sobą, gdyby odszedł od stylistyki retro w swoich aparatach serii X. Aby tradycji stało się zadość, X-T100 oczywiście również wpisuje się w ten trend. Prosta siermiężna bryła, bez zbędnych załamań, zakrzywień, wyobleń czy przetłoczeń. Aparat, oprócz koloru czarnego, dostępny jest też w wersji srebrnej i grafitowej. Jego wygląd spodobał mi się już na zdjęciach produktowych, zanim jeszcze ujrzałem go na własne oczy. Nie jest to wprawdzie aż tak ładne cacuszko, jak choćby Olympus E-M10 III, ale ma coś w sobie. Mimo rozmiarów zbliżonych do X-T10 i X-T20 sprawia wrażenie nieco niższego i szerszego, bardziej proporcjonalnego. Oczywiście to kwestia gustu, ale w rzucie z przodu X-T100 podoba mi się najbardziej ze wszystkich lustrzankopodobnych Fuji. Zmieniłbym jedynie kolor spustu migawki – srebrny na tle czarnej obudowy wygląda odpustowo.

Model ten wykonany jest głównie z plastiku, z wyjątkiem metalowej górnej części (włącznie z pokrywą lampy błyskowej i kółkami). I właściwie tylko ta góra nie budzi żadnych żadnych zastrzeżeń do jakości użytych materiałów. Niestety kompromis wynikający z cięcia kosztów produkcji widoczny jest w ordynarnej plastikowatości tego aparatu. Poza solidną konstrukcją ekranu (o tym później) oraz wspomnianą górną ścianką, pozostałym elementom zdarza się trzeszczeć pod naciskiem dłoni, a guziki grzechoczą przy dotknięciu palcem. Najgorzej jest z dolną ścianką i pokrywą komory akumulatora i slotu karty pamięci, które nie są idealnie spasowane i czasem skrzypią. Co prawda na tyle cicho, że w normalnych warunkach nie da się tego usłyszeć, ale w absolutnej ciszy już tak. Tragedii nie ma, ale można było to zrobić z większą precyzją spasowania elementów i dbałością o detale.

Przez ponad pół roku użytkowania nie stało się nic, co mogłoby źle świadczyć o trwałości tej puszki, a jednak jej konstrukcja nie wzbudziłam we mnie pełnego zaufania. I nawet jeśli nie ma to żadnego pokrycia w rzeczywistości, to trudno wyzbyć się uprzedzeń. Niesmak pozostał i już nic tego nie zmieni, mimo że cała reszta sprawia co najmniej neutrale wrażenie. Olek E-M10 III też jest plastikowy, podobnie jak Canon M50 czy Panasonic GX9, ale to Fuji zdobywa tutaj medal z ziemniaka za jakość wykonania. I pewnie większość jego użytkowników nie zwróci na to najmniejszej uwagi, ale mnie to wykonanie trochę irytuje. Tradycyjnie ponarzekam też na umiejscowienie gwintu statywowego zbyt blisko klapki komory akumulatora i slotu karty pamięci – straszna głupota, w dodatku powtarzana już od tylu lat.

Ergonomia użytkowania

Tutaj Fuji też skazuje nas na pewne kompromisy, choć już nie tak drastyczne. Do razu rzuca się w oczy odejście od kółka zmiany czasu, w którego miejscu mamy tarczę wyboru trybów PASM. Tarcza korekty ekspozycji jest we właściwym dla siebie miejscu – bez podziałki EV, ale za to zmieniające swoją funkcję w zależności od trybu, np. sterujące czasem w trybie M. Jeśli korzystamy z obiektywu bez pierścienia przysłony, jej otworem sterujemy przy pomocy kółka pionowo umiejscowionego pod kciukiem. Kółko to można też wciskać, uzyskując powiększenie kadru zarówno w trybie fotografowania, jak w podglądzie zdjęć. Obawiałem się, że umieszczenie tego elementu w tak dziwaczny sposób będzie niewygodne, ale w praktyce nie nastręczało większych problemów. Trzecie kółko znajduje się po lewej stronie od wizjera i można do niego zaprogramować jedną z wielu funkcji. Domyślnie jest to bodajże wybór filtrów artystycznych lub symulacji filmu, ale idealnie pasuje tutaj wybór czułości ISO. Jak na amatorski aparat jest naprawdę znośnie i na pewno lepiej, niż w Canonie M50.

Mimo, że X-T100 pojawił się w sprzedaży co najmniej rok po premierze X-T20, nie otrzymał od starszego brata nowego layoutu menu, tylko stare menu po pradziadku X-T10, pozbawione możliwości skonfigurowania własnej zakładki z najczęściej używanymi ustawieniami. A przydałoby się to tym bardziej, że aparat nie ma zbyt wielu przycisków funkcyjnych, co boli szczególnie w przypadku braku przycisków AF-L i AE-L. Jedną z tych funkcji można przypisać do górnego przycisku Fn, jednak jest on poza zasięgiem kciuka i trzeba oderwać palec wskazujący od spustu migawki, aby móc nim operować. Po prawej stronie ekranu znajdują się dotykowe wirtualne przyciski, ale nie może ich przeprogramować i tylko przełącznik AF-S/AF-C/MF jest tam do czegokolwiek przydatny. Można co prawda ustawić dodatkowe funkcje wywoływane gestami, ale dotyk na tym ekranie działa mało precyzyjnie i z odczuwalnym opóźnieniem.

Guzikologię w X-T100 da się opanować, jeśli aparat ma służyć do niespiesznego fotografowania spacerowo-wycieczkowego. Do quasi reporterskiej roboty, gdzie trzeba mieć wszystko na wierzchu, nie jest on jednak optymalnym rozwiązaniem. Ponadto nie zapewnia on pewnego uchwytu, choć dla mnie nie był duży problem – po doświadczeniach z X100T i X100F mam to już opanowane. Do zestawu dołączony jest mikroskopijny grip, który można sobie dokręcić, poprawiając nieco uchwyt. Z lekkimi małymi obiektywami i np. z paskiem na nadgarstek da się w miarę wygodnie korzystać z tej puszki. Da się też odczuć, że jest ona nieco cięższa niż wydawałoby się, że powinna być. Nie jest to waga, która stanowiłaby problem, ale gdy dłoń zaczyna się już pocić i gumowa okleina nie gwarantuje właściwej przyczepności, trzeba aparat chwycić trochę mocniej i wtedy palce męczą się szybciej. W czasie, gdy nie fotografujemy, tylko transportujemy aparat w ręce, warto naleźć jakieś inne ułożenie go w dłoni.

Szmery bajery

Wydawać by się mogło, że aparat z najniższej półki okrojony będzie z wielu wodotrysków. Na szczęście nie dotyczy to X-T100. W tym modelu jest wszystko to, co zawsze było w puszkach Fuji, a nawet i więcej. Jest migawka elektroniczna do 1/32000 s. z możliwością uruchomiania się tylko w razie potrzeby, gdy migawka mechaniczna osiągnie swój limit (większość producentów jeszcze nie ogarnęło tego prostego patentu). Są trzy tryby Auto ISO, w których można zdefiniować własną minimalną i maksymalną czułość oraz próg maksymalnego czasu naświetlania (jak wyżej, nie do wszystkich dotarła jeszcze ta nowinka). Są timelapsy oraz w miarę wygodne w użyciu wywoływanie RAWów w puszce, co prawda bez podglądu na żywo jak w Panasie i Canonie, ale z niezłym zakresem regulacji i w pełni funkcjonalne. Oczywiście jest też Wi-Fi i Bluetooth zapewniające bezprzewodową komunikację ze smartfonem. Jest możliwość ładowania akumulatora w aparacie po kablu USB, choć niestety zabrakło ładowarki do zewnętrznego ładowania akumulatora. Na pokładzie znalazła się wbudowana lampa błyskowa, lecz niestety aparat nie ma możliwości synchronizacji z krótkimi czasami błysku, przynajmniej nie w TTL.

Zwiększono w końcu możliwości konfiguracji braketingu ekspozycji, które zawsze w Fuji były znikome i przez lata nic z tym wstydliwym problemem nie robiono. Zaskakujące jest też pojawienie się pełnoprawnej funkcji automatycznego HDR, po raz pierwszy w Fuji, i to od razu najprostszym modelu! W dodatku zakres działania tej funkcji można regulować w kilku wariantach rozpiętości. Niemniej jednak poszczególne pozycje tego zakresu nazwane zostały w sposób zagadkowy: Auto oraz wartości od 1 do 3 EV rozmieszczone co pół działki. Nie wiadomo co to oznacza. Mogę się tylko domyślać, że to odstęp między składowymi klatkami HDRa, ale instrukcja tego nie tłumaczy, a aparat wykonuje zdjęcia przy udziale bezgłośnej migawki elektronicznej, więc nie da się policzyć klatek po ilości klapnięć migawki. W dodatku w trakcie wykonywania zdjęć ekran robi się czarny uniemożliwiając podgląd kadru, przez co trudniej jest utrzymać aparat stabilnie. Tryb ten jednak działa i przy zachowaniu uwagi daje, o dziwo, całkiem naturalne efekty.

Do nowości zaliczyć też trzeba tryby fotograficzne w formacie 4K, oparte na możliwościach wideo aparatu. Mamy SERIĘ 4K, polegającą na ciągłym rejestrowaniu zdjęć wykonywanych z dużą częstotliwością, z których już po zakończeniu fotografowania możemy sobie wyciągnąć klatkę, która nas interesuje. Jest też TRYB MULTI-FOCUS, będący niczym innym, jak popularnym focus stackingiem. Już po wykonaniu zdjęcia, a właściwie serii zdjęć, możemy wybrać punkt, w którym chcemy mieć ostrość lub wybrać szeroką głębię ostrości z połączenia wszystkich bądź wybranych składowych klatek. W obu tych trybach mamy pełną kontrolę nad parametrami ekspozycji, więc poza brakiem możliwości zapisu RAWów nic nas tu nie ogranicza. Te tryby dobrze sprawdzają się do tego, do czego są przeznaczone, choć działają trochę topornie w porównaniu do podobnych trybów w Panasoniku. No i trzeba pamiętać, że to tylko 4K, a więc rozdzielczość około 8 megapikseli. Wystarcza do publikacji w internecie czy małych wydruków, ale w niektórych przypadkach może pojawić się aliasing.

Dobrze znana jest z kolei funkcja automatycznej panoramy, z której korzystam czasem, szczególnie na wakacjach, kiedy nie chce mi się bawić w żonglowanie szerokokątnym szkłem. I funkcja ta w X-T100 jest, ale wdarła się do niej chyba pewna niedoróbka. Przynajmniej kilka razy przytrafiło mi się, że panorama wyszła zbyt ciemna, nawet mimo mało wymagających warunków oświetleniowych. Zorientowałem się, że tryb ten działa wyłącznie w pełnym automacie, w którym nic nie da się zmienić (co dziwne, bo we wszystkich Fuji można było w nim bez problemu kontrolować trójkąt ekspozycji), a aparat potrafi dobrać absurdalne parametry naświetlania, np. przysłonę f/22. Na szczęście działa kompensacja ekspozycji, którą można skorygować niedoświetlenie i sprowadzić przysłonę do rozsądnych wartości – korekta na plus powoduje zmniejszenie przysłony. Musi to być błąd oprogramowania, więc może za jakiś czas pojawi się aktualizacja firmware ze stosowną łatką.

Sprawność działania

Zanim wyleję tutaj wiadro gorzkich słów, pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie, które nada sprawie właściwą perspektywę. X-T100 w chwili publikacji tego tekstu kosztuje około 2200 zł w zestawie z podstawowym obiektywem, co plasuje go minimalnie poniżej ceny Canona M50 i kilka stów taniej niż Olympus E-M10 III. Trudno kupić w tej cenie inny w miarę aktualny model bezlusterkowca z wizjerem i z tak bogatym wyposażeniem jeśli chodzi o różnego rodzaju wodotryski. Od najtańszego aparatu w swojej kategorii nie należy oczekiwać wybitnych osiągów w kwestii szybkości działania – tak nakazuje zdrowy rozsądek. Z drugiej strony X-T100 pojawił się na rynku wiosną 2018 roku i można byłoby oczekiwać, że będzie spełniał ówczesne minimalne standardy w tym zakresie. Fujifilm miał wówczas w ofercie już kilka całkiem sprawnie działających aparatów, a może też i takie o ponadprzeciętnych osiągach.

Niestety omawiany aparat zawiódł mnie trochę nawet mimo niewygórowanych oczekiwań. Przesiadłem się na niego z modelu X-T10 i przed zakupem nawet nie przyszło mi na myśl, że sprzęt młodszy o 3 lata może być w podobnym stopniu powolny. Jeszcze w 2015 roku można było to zaakceptować, ale dziś mam z tym problem, mówiąc szczerze. Ale do rzeczy: wszystko tutaj działa z opóźnieniem. Zmiany parametrów, przewijanie zdjęć w podglądzie, poruszanie się po menu, a nawet działanie czujnika przełączającego obraz między wizjerem a ekranem – wszystko ma mniej lub bardziej odczuwalny lag. Pół biedy, jeśli ma to być pierwszy aparat dla kogoś, kto wcześniej miał do czynienia jedynie z kompaktami lub smartfonami – wtedy będzie to nieodczuwalne. Ale jeśli ktoś, tak jak ja, ma od czasu do czasu dostęp do nowych droższych zabawek, to może się trochę rozczarować. I nie są to opóźnienia, które w codziennym użytkowaniu odbiłyby się negatywnie na jakości fotografii, ale dają jasny sygnał, że producent zaoszczędził sobie trochę na mniej wydajnych podzespołach.

To, że autofocus jest podobnie szybki (lub wolny), jak w X-T10, to jego najmniej poważna przypadłość. Nie jest to aparat do fotografowania szybkiej akcji, więc można byłoby mu to wybaczyć, gdyby tylko był skuteczny, mimo że wolny. Niestety w gorszych warunkach oświetleniowym brakuje mu czułości, przez co często zdarza mu się nie potwierdzić ostrości na ciemniejszych i/lub mniej kontrastowych obiektach. Nie dam sobie ręki uciąć, ale wydaje mi się, że w takich warunkach X-T10 radził sobie odrobinę pewniej. Co ciekawe, często po zmuszeniu aparatu do ponownego ustawienia ostrości, za drugim razem łapie on ją bez większego problemu dokładnie w tym samym miejscu. Niby jest to autofocus działający w oparciu o detekcję fazy (35 puktów fazowych i dodatkowo 56 kontastowych), ale zbyt często działa tak, jakby pracował na zasadzie detekcji kontrastu. Ciut lepiej działa AF-C i tutaj ta faza faktycznie trochę pomaga, ale i tak jest to poziom co najwyżej Olka E-M10 III, czyli słaby. Tryb seryjny osiąga szybkość 6 kl/s i w trybie RAW+JPEG jest w stanie utrzymać ją przez około 15 klatek. Wydajność akumulatora to jakieś 300+ zdjęć na jednym ładowaniu.

Ekran i wizjer

Z ulgą przechodzę do kolejnego rozdziału. Bez wątpienia ekran jest jedną z najciekawszych cech X-T100, a konkretnie mam na myśli sposób jego odchylania. Można go obrócić nie tylko w górę lub w dół, ale też do przodu o 180 stopni. Jest sporo modeli, które mają ekran na przegubie i umożliwiają taki obrót, ale Fuji podszedł do tematu nieco inaczej. Nie chcę tutaj się rozwlekać na temat działania trzech prostych zawiasów, ale zaletą tego oryginalnego rozwiązania jest to, że ekran obraca się do góry i w dół bez konieczności jego odchylania na bok. Dla mnie to najlepsza konstrukcja tego typu, a w dodatku wykonana dużo solidniej, niż cała reszta korpusu. Takie ekrany powinny być we wszystkich Fuji! Jeśli chodzi o wyświetlacz, to jest on dość typowy i niczym się nie wyróżnia. Rozdzielczość w normie, widoczność w słońcu także, a dotyk działa topornie, z charakterystycznym dla tego modelu opóźnieniem, ale działa (niestety tylko w przypadku ustawienia AF, obsługi przycisków funkcyjnych i podglądu zdjęć; dotyku w menu już brak).

Wizjer z kolei to, zdaje się, ten sam wyświetlacz, jaki był w X-T10 i X-T20. Mamy do czynienia z taką samą standardową rozdzielczością i wielkością – to taki średniak wśród bezlusterkowców. Kontrast jest w nim nie najgorszy, kolory zbliżone do tych, jakie rejestruje aparat na zdjęciach, a widoczność w słabych warunkach oświetleniowym całkiem przyzwoita. Problemem jest niestety mizerna częstotliwość odświeżania, gdy tylko zaczyna brakować światła. Obraz zaczyna klatkować, zupełnie tak jak w staruszku X-E1. Już w 2012 roku było to niefajne, więc tym bardziej niefajnym jest w aparacie z 2018 roku. Nie jest wina wizjera samego w sobie, tylko raczej powolnego procesora nie wyrabiającego się z przetwarzaniem obrazu. Rozumiem, że zgodnie z ideą zero waste Fuji pozbyło się zapasów magazynowych starych części, montując je w nowych aparatach, ale szkoda, że nie ostrzega klientów przed upośledzonym działaniem wizjera. Obok autofocusa jest to jedna z trzech głównych wad X-T100 (do tej trzeciej jeszcze dojdziemy).

Obiektywy

Przez kilka lat rozwoju systemu X Fujifilm zdążył zbudować całkiem sporą ofertę obiektywów: małych i dużych, tańszych i droższych, bardziej i mniej sensownych. Część z nich, czyli praktycznie wszystkie te, którymi byłem zainteresowany, znam dość dobrze. Zawsze były to szkła co najmniej dobre, a w przeważającej większości po prostu świetne. Dodatkowym smaczkiem jest pierścień przysłony w niemal każdym obiektywie serii XF. System jest już dojrzały i z mojego punktu widzenia kompletny, a zastrzeżenia mam tylko do rozmiarów i cen niektórych topowych obiektywów, no ale na tym polu chyba wszyscy producenci zawodzą na całej linii. Aktualnie używam zestawu trzech w miarę jasnych, małych i niedrogich (nie mylić z tanimi) stałek: XF 23 f/2, XF 50 f/2 i Samyanga 12 f/2, które mogę polecić z czystym sumieniem. A w komplecie z X-T100 dotarł do mnie jeszcze kitowy XC 15-45 f/3,5-5,6 OIS PZ i już pozostał w moim arsenale – czas pokaże na jak długo.

Jest to obiektyw o dość lichym wykonaniu, z luzami w tubusie, grzechoczący przy potrząsaniu, z pierścieniami poruszającymi się z wyraźnym odgłosem tarcia o siebie dwóch plastikowych elementów, lekki i bezwstydnie plastikowy (włącznie z bagnetem). Nie jest to bynajmniej wybitne optycznie szkło, ale i tak zaskakująco dobre jak na jego jakość wykonania i śmiesznie niską cenę w zestawie. Ostrość jest akceptowalna jak na kita i jedynie w ekstremalnych rogach trochę odstaje od centrum kadru. Tam też dopatrzyć się też można aberracji chromatycznych. Poza tym żadnych istotnych wad nie dostrzegłem, ale też nie robiłem żadnych pomiarów. AF okazał się szybki (na innych korpusach niż X-T100) i cichy, a stabilizacja umożliwia zejście do 1/4 s z ręki na szerokim końcu – do nocnych miejskich zdjęć wystarczy. Elektryczny zoom nie jest precyzyjny i potrafi wkurzyć, choć na plus trzeba zaliczyć zapamiętywanie ostatniej ogniskowej po wyłączeniu aparatu. Na wakacjach ani razu nie ściągałem tego szkła z korpusu, w czym ogromna zasługa ogniskowej 15 mm. Obiektyw jest odrobinę szerszy niż standardowe 16-18 mm dla APS-C i choć różnica nie jest duża, to jednak da się ją odczuć. Polubiłem ten obiektyw.

Kamerowanie

Na pierwszy rzut oka X-T100 wygląda na świetny sprzęt do filmowania. Obrotowy ekran, wejście audio i napis 4K mogą kusić. Ja co prawda wiedziałem, że całe to 4K to bujda na resorach, bo nagrywanie w tej rozdzielczości możliwe jest tylko przy nędznej częstotliwości 15 kl/s. To mniej, niż poklatkowe filmy z początków kinematografii! To nie jest aparat 4K, a jedynie FullHD z trybem fotograficznym 4K i nigdy nie powinien być reklamowany jako urządzenie rejestrujące wideo 4K. Skandaliczne jest promowanie faktu, że aparat nagrywa w tej rozdzielczości, bo jest ona kompletnie bezużyteczna. Moim zdaniem ta opcja w ogóle nie powinna figurować w menu, bo jeszcze ktoś nieświadomie z niej skorzysta i dostanie palpitacji serca, oglądając to nagranie. Naprawdę lepiej by było, gdyby Fujifilm wypuścił dobry aparat FullHD, niż posuwał się do praktyk na pograniczu uczciwości.

Niestety nawet pomijając tę wizerunkową wpadkę, nie mam najlepszych wieści. To nie jest dobry aparat FullHD. Jego możliwości wideo zostały skrojone pod ludzi, którzy nie mają bladego pojęcia o filmowaniu, a z funkcji tej korzystają sporadycznie. Nie ma osobnego trybu wideo, który grupowałby potrzebne ustawienia w jednym miejscu w menu i zapamiętywał je niezależnie od ustawień fotograficznych. Gdy chcemy coś sfilmować, należy wszystkie parametry zmienić w trybie zdjęciowym i z tego poziomu po prostu wcisnąć guzik nagrywania. W trakcie rejestracji już nie da się zmienić absolutnie niczego. Nie ma też żadnych filmowych profili kolorystycznych, więc materiał nie nadaje się żadnej poważnej obróbki w postprodukcji. W 1080p mamy 24 kl/s, 50 kl/s i 60 kl/s – a gdzie 25 kl/s? Na domiar złego X-T100 ma problem z płynną zmianą ekspozycji, co go dyskwalifikuje we wszelkich zastosowaniach w niekontrolowanych warunkach oświetleniowych.

Jakość obrazu

We wszystkich bezlusterkowcach Fuji, z jakimi miałem do czynienia, tkwiła matryca X-Trans, charakteryzująca się nietypowym rozkładem filtrów RGB. W przypadku X-T100 mamy jednak do czynienia ze standardowym bayerowskim rozkładem filtrów, stosowanym w zasadzie powszechnie przez wszystkich pozostałych producentów. Nie jest to pierwszy model Fujifilm z tego typu matrycą, bo ona już pojawiła się wcześniej w kilku najtańszych bezlusterkowcach, ale pierwszy, z jakiego korzystałem. W domyśle ma to być ta gorsza matryca, czego Fuji chyba nigdy otwarcie nie przyznał, ale takie przekonanie działałoby na korzyść X-Trans, którą to technologię producent mocno promuje w bardziej zaawansowanych modelach systemu X. Czasem można mimo to spotkać się z opiniami użytkowników, że to te bayerowskie matryce są lepsze. Temat mnie zainteresował, więc postanowiłem to sprawdzić, porównując efekty z aparatem X-T30 wyposażonym w matrycę X-Trans (jego recenzja też pewnie się tu kiedyś pojawi).

Gdyby test wykonać w oparciu o RAWy, należałoby zestawić ze sobą zdjęcia wywołane w różnych konwerterach i dla każdego z nich wyciągać osobne wnioski, bo przecież każdy program inaczej interpretuje surowe pliki. Nie zamierzam się w to bawić, ale gdybyś ktoś chciał sobie w RAWach podłubać, to tutaj może je znaleźć. Ja skupię się na JPEGach, zwracając uwagę na ewentualne różnice w odwzorowaniu kolorów, kontraście, wyostrzaniu, odwzorowaniu detali, DR, szumach i odszumianiu. Zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie porównuję w ten sposób matryce, a wynikowe obrazy, na które składają się i możliwości matryc, i różnice w silnikach JPEG, a ja przecież nie wiem, które z nich i w jakim stopniu grają tutaj rolę. Przypuszczam, że w główniej mierze za wynik końcowy odpowiedzialne są takie a nie inne algorytmy JPEG, które inżynierowie opracowali pod kątem tego, co sądzą, że będzie bardziej podobać głównej grupie docelowej danego modelu.

Potwierdzeniem tego może być podejście do usuwania szumu, które w X-T100 jest bardziej agresywne, szczególnie na najwyższej czułości. Wynikająca z tego utrata detali rekompensowana jest mocniejszym wyostrzaniem, co daje prostą receptę na sztucznie wyglądające budyniowe zdjęcie. Dużą poprawę przynosi zmniejszenie odszumiania do najniższego możliwego poziomu (-2), jak i zmniejszenie wyostrzania o oczko lub dwa (-1 lub -2, w zależności od upodobań; ja stosuję -1). Przy takich ustawieniach ISO 12800 powinno wystarczyć do mniejszych formatów prezentacji zdjęcia, choć oczywiście nie jest pozbawione szumu – ziarno jest widoczne, ale nie powoduje nadmiernej degradacji jakości (a na ISO 6400 śmiało mogę robić wydruki nawet w większych formatach). Próbki z poszczególnych czułości zestawiłem z próbkami X-T30, które wykonałem na standardowych ustawieniach odszumiania i wyostrzania, bo omawiany problem w tym modelu nie występuje, więc nie ma czego poprawiać.

Ciekawie przedstawia się reprodukcja kolorów, która w X-T100 jest wyraźnie inna, niż w innych modelach Fuji. Zawsze najbardziej zrównoważoną kolorystykę dawał profil standardowy (Provia), a pozostałe symulacje filmu były bardziej pojechene w taki czy inny sposób, albo za sprawą zwiększonego kontrastu (tylko w NegS był podobny), albo zwiększonego bądź zmniejszonego nasycenia, albo wszystkiego na raz. Tutaj jest inaczej: to Provia daje mocniejszy kontrast, tak jakby inżynierowie uznali, że użytkownicy tego aparatu rzadko będą kombinować z innymi profilami, a że mocny kontrast im się podoba, to dostali go w standardzie. Zaś pozostałe kolorowe symulacje filmu cechuje mniejszy kontrast i nie różnią się one między sobą w aż tak dużym stopniu. W X-T100 chyba najczęściej korzystałem z Astii, która najbardziej przypomina tę prawdziwą Provię. Częściej niż zwykle przyciemniałem też cienie, by dodać trochę kontrastu. Druga sprawa, to dziwny purpurowy tint występujący przy AWB we wszystkich kolorowych symulacjach filmu, który też pewnie został wprowadzony w sposób zamierzony, choć mi się on nie podoba. Na szczęście aparat umożliwia permanentną korekcję działania AWB, z której skorzystałem, więc problem przestał istnieć. Pokazałem go jednak na powyższych samplach.

Jakość zdjęć z X-T100 stoi na wysokim poziomie i oprócz różnic, o których wspomniałem, jest zbliżona do innych Fuji. Myślę, że trudno byłoby znaleźć jakikolwiek inny aparat APS-C, który miałby na tym polu odczuwalnie lepsze osiągi (nie licząc nowej funkcji priorytetu DR dostępnej w X-T3 i X-T30, o której będzie jeszcze okazja, żeby opowiedzieć). Mimo różnych mniejszych lub większych zastrzeżeń, jakie mam do X-T100 , ze zdjęć z tego modelu jestem bardzo zadowolony i nie zawiodłem się na nich nigdy (trzeba tylko wiedzieć, gdzie i jak podłubać). DR daje radę nawet w JPEGach, jeśli korzystamy z funkcji DR400, symulacje filmów robią dobrą robotę, po korekcie automatyczny balans bieli działa bez zarzutów (jedynie dominujące światło lamp sodowych może go czasem zmylić), a użyteczna czułość kończy się dla mnie gdzieś pomiędzy ISO 6400 a 12800. Trochę dziwne jest to, że mimo iż ta druga wartość stanowi maksymalny próg, jaki można wybrać ręcznie (nie licząc czułości rozszerzonych programowo), to Auto ISO może ustawić maksymalnie wartość tylko 6400. Wygląda to tak, jakby konstruktorzy obawiali się, że niewprawne osoby eksploatujące ten sprzęt w automacie będą nadużywać go w warunkach wymagających zastosowania najwyższej czułości i tym samym będą niezadowolone z poziomu szumów na zdjęciach. Zamiast edukować lepiej zablokować…

Podsumowanie

Prawda jest taka, że długo zastanawiałem się, czy Fujifilm X-T100 polubić, czy znienawidzić. Ta recenzja miała powstać dużo wcześniej, ale wahałem się przez długi czas, czy w ogóle warto ją napisać. Jeśli testowany sprzęt nie spełnia moich oczekiwań, to nie zaprzątam sobie nim głowy i nie tracę dziesiątek godzin na przygotowanie zdjęć, tekstu i materiału wideo. No ale ta recenzja przecież powstała… Brawo, Sherlocku! Zastanawiałem się i zastanawiałem, aż w końcu wymyśliłem, że jednak lubię tego malucha Fuji. Po części może dlatego, że sam za niego zapłaciłem, więc dla zachowania dobrej kondycji psychicznej rozsądniej było go polubić, niż się z nim męczyć. A po części dlatego – już tak bardziej serio – że tym aparatem zrobiłem mnóstwo świetnych zdjęć (notka dla krytyków sztuki: może raczej to aparat robi świetne zdjęcia, a ja się tylko świetnie bawiłem przy ich robieniu). Nosiłem go w plecaku niemal codziennie, miałem go przy sobie na spacerach, podczas eksploracji miasta, w podróżach. I zawsze sprawdził się wyśmienicie.

Nie sprawdził się jedynie w fotografowaniu szybko poruszających się obiektów, czego w zasadzie nigdy nie fotografuję, chyba że na potrzeby testów. Mój pies wydaje się jednak niewzruszony faktem, że nie będzie miał żadnych dobrych zdjęć przedstawiających go, jak biega za piłeczką. Ja też jakoś szczególnie nad tym faktem nie ubolewam, choć nie ukrywam, że fajnie byłoby mieć takie możliwości, tak na wszelki wypadek. W nagrywaniu wideo X-T100 też mnie zawiódł. Miał zastąpić kompakt Canona i jeśli chodzi o samą jakość obrazu, to bez problemu sobie poradził, ale sposób obsługi totalnie zniechęcił mnie tego typu zabaw. Z nagrywania filmów korzystam 2-3 razy w roku, tylko wtedy gdy coś testuję, a nawet pomimo tak sporadycznych wideo wybryków unikam tego procederu jak ognia. Gdyby X-T100 był bardziej przyjazny użytkownikowi w kamerowaniu, na podobieństwo większości konkurencyjnych aparatów, nie przeżywałbym wtedy aż takiej traumy.

Jeśli powyższe zastosowania nie są kluczowe, a kompromisową jakość wykonania jesteście w stanie zaakceptować w zamian za najlepszy na rynku stosunek jakości obrazu do ceny, to ten aparat mogę śmiało polecić. Szczególnie używane egzemplarze można teraz nabyć za śmiesznie małe pieniądze (jak na z zasady drogi sprzęt fotograficzny), ale nawet te 2200 zł za nówkę w kicie to całkiem uczciwa cena. Kilka osób już mnie o ten model wypytywało, szukając małego taniego bezlusterkowca z wizjerem, a ja szczerze opowiadałem im o jego wadach, aby mieli ich pełną świadomość. Nie wydawali się przesadnie zaniepokojeni. Jeden z kolegów machnął ręką, stwierdził, że ma dość dźwigania lustrzanki w górach i obrabiania RAWów z wakacyjnych wyjazdów, a na wideo i szybkości mu nie zależało – nazwał się leniwym turystą. Pomacał mojego X-T100, zrobił nim kilka zdjęć i następnego dnia kupił sobie dokładnie taki sam aparat. I z tego, co wiem, jest z niego zadowolony. Cóż, może byłem w tej recenzji nieco zbyt surowy, ale chciałem, że pewne rzeczy wybrzmiały bardzo wyraźnie. A jaką wagę im przypiszecie, to już sprawa indywidualna.

Wady

  • kiepska jakość wykonania
  • opóźnienia w działaniu
  • przestarzały autofocus
  • nieprzyjazny tryb wideo
  • skokowa zmiana ekspozycji w wideo
  • brak stabilizacji matrycy
  • klatkujący obraz w wizjerze

Zalety

  • bardzo dobra jakość zdjęć
  • obrotowy ekran
  • sporo przydatnych funkcji
  • rozsądna cena