Żegnaj, Lightroomie!

Od kilkudziesięciu godzin szukam swoich kapci. Pospadały mi z wrażenia, gdy Google opublikował najnowszą wersję swojej aplikacji do edycji zdjęć. Prawdę mówiąc nie miałem najmniejszego zamiaru o niej pisać, bo to przecież aplikacja na smartfona, a nie kombajn do poważnych zastosowań. Zresztą o poprzedniej wersji już raz wspominałem tutaj, więc limit pisania o pierdołach został wyczerpany na najbliższe kilka lat. Miałem już prawie gotowy post o tym, w jaki sposób obrabiam zdjęcia przy użyciu wtyczek Google Nik Collection, ale coś mnie podkusiło, żeby wypróbować najnowszego Snapseeda 2.0. I po kilku chwilach obcowania z tą aplikacją cała koncepcja uległa zmianie: poprzedni post wylądował w koszu, a ja siedzę boso i cieszę się jak głupi.

Snapseed 2.0 już na pierwszy rzut wygląda zupełnie inaczej, niż jego poprzednik. Widać to zarówno na ekranie powitalnym, jak i po załadowaniu zdjęcia. Layout jest minimalistyczny i zgodny z aktualnym googlowskim trendem, zwanym Material Design i znanym z innych aplikacji. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to histogram. W końcu! Ekrany telefonów komórkowych najczęściej nie oddają wiernie jasności zdjęć, więc histogram jest tu wybawieniem. Z kolei pod symbolem + kryje się dostęp do wszystkich narzędzi, przy pomocy których możemy zepsuć zdjęcie na niezliczoną ilość sposobów.

Oszczędzę sobie szczegółowego opisywania każdego z dostępnych narzędzi i gotowych filtrów. Obraz wart jest więcej, niż tysiące słów, więc pokażę po prostu kilka zrzutów ekranu z procesu obróbki zdjęcia, przechodząc krok po kroku tylko przez te funkcje, które w tym przypadku były mi akurat potrzebne. Zachęcam do ściągnięcia aplikacji i wypróbowania jej samemu – jest dziecinnie prosta w obsłudze i daje dużo frajdy z odkrywania drzemiących w niej możliwości.

Zaczynam od korekcji perspektywy, żeby nie patrzeć dłużej na tę krzywą kamienicę (swoją drogą majster na rusztowaniu musiał wypić o jedną szklankę gorzały za dużo, bo kamienica jest w rzeczywistości krzywa, a całkowite wyprostowanie jej na zdjęciu graniczy z cudem). Powyżej widać to, co znajduje się po przejściu do sekcji Przekształć, czyli wertykalna i horyzontalna korekcja nachylenia oraz obrót zdjęcia o określony kąt. Korekcja perspektywy to nowość, której nie było w poprzedniej wersji Snapseeda, a która ucieszyła mnie niezmiernie, bo stosuję ją w większości zdjęć, na których znajdują się jakiekolwiek elementy architektury. W końcu jestem w stanie zrobić to w jednej aplikacji, a w dodatku przy pomocy algorytmu znanego z Photoshopa (wypełnienie z uwzględnieniem zawartości) uzupełnia ona powstałe w wyniku korekcji puste obszary na krawędzi zdjęcia. Nie zawsze radzi sobie z tym idealnie, ale w wielu przypadkach sprawdza się znakomicie.

Następny krok, przedstawiony powyżej, to wykorzystanie funkcji Tonal Contrast. Jest to absolutny hicior w tej aplikacji, dostępny do tej pory jedynie w komputerowej wersji Google Nik Collection (najlepiej działa w Color Efex Pro). Generalnie chodzi tu o wzmocnienie kontrastu w drobnych detalach zdjęcia, nadając mu bardziej wyrazistej struktury. Praktycznie każde moje zdjęcie, o ile w ogóle było obrabiane, zostało potraktowane w taki właśnie sposób. Zbliżony efekt można uzyskać przy użyciu narzędzia Struktura w sekcji Szczegóły (również opiera się on na algorytmie odpowiedzialnym za lokalne mapowanie tonów), niemniej jednak nie ma nad nim aż tak dużej kontroli. Tutaj mamy możliwość regulowania natężenia efektu osobno dla wysokich, średnich i niskich tonów, a nie tylko dla całego zdjęcia w takim samym stopniu. Nawet możemy ratować światła i cienie, gdyby wprowadzone zmiany spowodowały ich nadmierne rozjaśnienie lub zaciemnienie. Pierwszy z powyższych zrzutów ekranu pokazuje wszystkie opcje tego narzędzia, a drugi efekt, jaki dało jego zastosowanie.

Kolejnym etapem obróbki są drobne zmiany w sekcji Poprawki. Włos mi się zjeżył na myśl, że wypadałoby choćby pokrótce wspomnieć, do czego służy każda z widocznych wyżej pozycji. Wybacz, nie będę tego robił – pewnie i tak to wiesz, a jeśli nawet nie wiesz, to w ogóle nie byłbyś zainteresowany lekturą tych wypocin. Z ustawień tych korzysta się zgodnie z instrukcją z przepisów kucharskich: doprawić do smaku. Ja chciałem, żeby zdjęcia stało się nieco bardziej ponure, za co głównie odpowiada opcja Atmosfera (dzięki niej zdjęcie może też być bardziej… hm… pogodne?).

Tutaj widać już, że zdjęcie jest bardziej „brudne”, czego niepożądanym skutkiem ubocznym stało się zaciemnienie widocznego szyldu i tablicy (z jakże głębokim przesłaniem, nieprawdaż?). Dlatego właśnie rozjaśniłem je przy użyciu funkcji Selektywnie, pozwalającej na nałożenie na obraz znanych już z wtyczek Nik Collection punktów kontrolnych i wprowadzenie zmian jasności, kontrastu i nasycenia jedynie w wybranych obszarach zdjęcia. W tym przypadku wystarczyła korekta samego kontrastu.

Nie ma o czym pisać, zwykłe kadrowanie w celu pozbycia się niepotrzebnych fragmentów zdjęcia. Lecimy dalej…

Na wykadrowane już zdjęcie nałożyłem jeszcze filtr Stara klisza, który ma chyba symulować efekt krosowania. Nie przypomina mi on żadnej starej kliszy, cokolwiek ma to znaczyć, ale pasuje idealnie, szczególnie jego pierwsza wariacja. Nie jest tak nachalna, jak pozostałe i w moim odczuciu daje najbardziej wyważony efekt, który nie jest jeszcze, mam nadzieję, zbyt kiczowaty. Tak prezentuje się on w pełnej okazałości:

Jest już całkiem nieźle, ale denerwuje mnie to, że ostatnie litery napisu „(nie)ruchomości” są zbyt ciemne w stosunku do pierwszych liter – brakuje mi tu jednorodności. W poprzedniej wersji Snapseeda musiałbym nałożyć kolejny punkt kontrolny i rozjaśnić ten mały obszar, ale w wersji 2.0 pojawił się kolejny hicior. Widzisz biały kwadracik w lewym górnym rogu, ten z szóstką w środku? Wystarczy dotknąć go palcem (na ekranie telefonu, nie teraz!).

Na pierwszym zrzucie ekranu widać całą historię zmian, jakie zostały zaaplikowane, w formie stosu. Każda następna zmiana została nałożona na górę, a na nią kolejna itd. Po dotknięciu na wybraną warstwę tego stosu podświetla się ona, a obok rozwija się menu z trzema dodatkowymi opcjami. Możemy tutaj zadecydować o usunięciu danego efektu, dodaniu maski o różnej przezroczystości lub ponownej modyfikacji przy użyciu wszystkich opcji dostępnych dla danego narzędzia. Na Pieronka! Przecież to nic innego, jak fotoszopowe warstwy i maski, okrojone do poziomu umożliwiającego ich obsługę ruchem palca po ekranie! Jest to funkcja żywcem wzięta z Google Nik Collection, w którym to właśnie na dowolnym etapie obróbki można cofnąć się do wybranej warstwy w stosie i zrobić z nią absolutnie wszystko, nie ingerując przy tym w pozostałe warstwy.

Drugi zrzut ekranu pokazuje, że wybrałem trzecią opcję, a mianowicie całkowitą modyfikację zmian, które wprowadziłem wcześniej za pomocą narzędzia Selektywnie. Przeniosłem punkt kontrolny, który wcześniej nałożyłem na literę „m” szyldu, w ciemniejszy obszar w okolicach ostatnich liter. Ponadto zmieniłem też jego jasność. I na tym koniec operacji, pacjent przeżył. Tak oto wyglądał przed i po zabiegu:

O czym jeszcze zapomniałem napisać? Snapseed obsługuje zdjęcia w rozmiarze do 20 mpx, a większe interpoluje w dół. Suwaki odpowiedzialne za regulacje jasności w światłach i cieniach służą również do przesuwania progu czerni i bieli, jak w Lightroomie. Na każdym etapie edycji zdjęcia można je powiększyć, rozsuwając na ekranie dwa palce, co pozwala wniknąć w najmniejsze detale i operować na ich poziomie. Z kolei jeśli chodzi o wspomniany już stos przeprowadzonych operacji, to można go skopiować i zastosować do innego zdjęcia, bez konieczności przechodzenia ręcznie przez wszystkie etapy, gdy chcemy wywołać inne zdjęcie w dokładnie taki sam sposób.

Winny jestem też wyjaśnień odnośnie tytułu niniejszego postu. Nie, wcale nie żegnam się definitywnie z Lightroomem, mimo że nie używałem go od miesięcy. Chciałem tylko, żeby tytuł był chwytliwy, a pierwotny pomysł w postaci „O Jezu, cycki!” byłby chyba jednak grubym przegięciem. Snapseed przede wszystkim nie służy do wywoływaniu RAWów, a jedynie do obróbki JPEGów, więc jest narzędziem do czegoś zupełnie innego (choć Lightrooma też można użyć do JPEGów, tylko po co?). W dalszym ciągu jest też narzędziem dość prymitywnym, w którym nawet jeśli da się wykonać jakieś złożone operacje, to jedynie na kilku zdjęciach – przy większej ich większej ilości stanie się to zwyczajnie mordęgą. Radzę też zapomnieć o jakiejkolwiek możliwości katalogowania zdjęć i zarządzania nimi, nie wspominając o wielu innych ważnych rzeczach. Nie oszukujmy się jednak, nie każde zdjęcie ląduje na rozkładówce Playboya, przez co wcale nie wymaga obróbki ocierającej się już nie tylko o zaawansowany retusz, ale wręcz o grafikę wektorową i Voo Doo. Zmiany, jakich wymaga poprawnie naświetlony JPEG prosto z aparatu, w większości przypadków można już śmiało zastosować nie zbliżając się nawet do komputera, właśnie za sprawą Snapseeda. Mnie to cieszy, że fotografia (przynajmniej w moim wykonaniu) zatoczyła koło i wróciła do punktu wyjścia, w którym znowu w głównej mierze polega na ruszeniu dupy z domu i robieniu zdjęć, a nie garbieniu się przed monitorem. A zdjęcie, które zamieściłem w tym poście, obrobiłem jadąc tramwajem.

P.S. Korzystając z okazji, pozdrawiam rząd.